środa, 30 stycznia 2013

Rozdział VI

Wybaczcie, że nie wsadzałam od półtora tygodnia. Po prostu... Nie miałam weny. Nie mam zamiaru pisać na siłę, tylko po to, żeby dodawać posty regularnie. Piszę tylko wtedy, gdy mam pomysł i czas. Mam nadzieję, że spodoba się wam owoc mojej pracy :) Zachęcam do komentowania. Miłej lektury!

Oczami Jacka:
Cóż... Przyznaję, kompletnie zapomniałem o spotkaniu z Annie kolejnego dnia. Wiem, że to było dla mnie bardzo ważne, ale miałem masę pracy. Zbliżała się zima i wszystko było na mojej głowie. Sprowadzić chmury, z których spadnie śnieg, oziębić powietrze, zamrozić stawy i rzeki, wymalować mrozem okna. Właśnie byłem w okolicy Syberii, sprawdzając, czy wszystko idzie dobrze. Był zimny wieczór. Ciemne chmury wydawały się tylko czekać na mój znak, aby rozpętać śnieżycę. Lodowaty wiatr bezlitośnie smagał mnie po twarzy, ale mi to nie przeszkadzało. Zakręciłem laską w palcach. Uśmiechnąłem się radośnie i poszybowałem do góry. Wtedy sobie przypomniałem. Spotkanie z Annie. „Na szczęście to dopiero jutro, mam jeszcze całą dobę.” - pomyślałem. „No może pół, uwzględniając strefy czasowe.” Tutaj wszystko szło pomyślnie, więc postanowiłem odwiedzić Northa. Zwykłym ludziom podróż z Syberii na biegun północny zajęła by kilka godzin lecąc samolotem, jednak mi wystraczyło tylko parenaście minut i już stałem przed wielkim budynkiem. Stał on na szczycie wysokiej góry lodowej, tuż przy skraju przepaści. Zbudowany z grubych bali drewna, z dużym okrągłym dachem i wieloma okienkami, rozświelonymi przez stare żyrandole i kolorowe lampki choinkowe wyglądał magicznie. W sumie, jako, że była to siedziba Świętego Mikołaja wyglądała odpowiednio. Podleciałem do dużych drzwi wejściowych i zapukałem. Po chwili drzwi się rozchyliły i przez szparę wyglądnął włochaty stwór. Miał trzy metry wzrostu i był potężnie zbudowany. Jego olbrzymie cielsko porastało długie szarobeżowe futro. Był to mój stary znajomy, yeti o imieniu Phil. Zanim zostałem Strażnikiem i uzyskałem wstęp do siedziby Mikołaja wielokrotnie próbowałem się tu włamać. Dzięki temu miałem częstą przyjemność spotkania się z Philem i jego pięścią. Ona tylko wygląda na taką milutką i włochatą. Kiedyś związał mnie papierem do pakowania prezentów oraz wstążkami i wywalił mnie z dachu domu. Yeti spojrzał na mnie swoimi małymi zielonymi oczkami, po czym chrząknął. W jego języku mogło znaczyć to dosłownie wszystko, od „Hej! Miło, że wpadłeś.”, przez „Idź sobie.” do „Mmm... Zimno dziś na dworze”.
- Cześć! Ja, eee... - sam nie wiedziałem, po co przyszedłem - Wpadłem odwiedzić Mikołaja.
Stwór zlustrował mnie z góry do dołu, po czym z niechęcią otworzył drzwi. Wszedłem do środka. Phil poprowadził mnie ciemnym korytarzem. W końcu doszliśmy do wielkiej Głównej Pracowni. To tu pomocnicy Mikołaja, elfy i yeti produkowali zabawki. Miejsce, jak zwykle tętniło życiem. W powietrzu latały plastikowe samoloty. Wszędzie panował gwar. Weszliśmy po schodach na galeryjkę, z której był jeszcze lepszy widok na salę. Nagle pod nogi Phila wpadł mały elf. Był cały poobklejany kolorowymi cukierkami. Powiem wam w sekrecie, że elfy nie są obdarzone zbytnią inteligencją. Yeti spojrzał na niego groźnie, a stworek skulił się i uciekł pobrzękując swoim dzwoneczkiem przy czapce. Poszliśmy dalej, w kierunku dużych drewnianych drzwi, pracowni samego Świętego Mikołaja. Zapukałem i wszedłem.
- Jack! - usłyszałem radosny głos. - Witaj!
- Hej, North! - to jego prawdziwe imię, nie Mikołaj. Podszedł do mnie potężnie zbudowany mężczyzna, z długą brodą i gęstymi brwiami. North nie przypomina grubego staruszka, odzianego w czerwony kubraczek i z czapką z pomponem na głowie. Ten Mikołaj z reklam i książek jest zupełnie inny niż prawdziwy. North chodzi w grubym czerwonym płaszczu z futrem. Nosi ciężkie, skórzany buty i brązową czapkę, przypominającą rosyjską ushankę. Na jednym przedramieniu ma wytatuowane słowo „Naughty” (niegrzeczny), a na drugim „Nice” (grzeczny). Mówi z rosyjskim akcentem.
- Co cię to sprowadza, chłopcze?
- Ja... Zostawiłem tu coś. Chiałbym to sobie wziąść. - odparłem.
- Nie ma problemu. Jeśli wiesz, gdzie to jest idź po to. Módl się tylko, żeby elfy ci tego nie zjadły. Ostatnio próbowały choinkę i latawiec, więc miej się na baczności. Wciąż nie wiem, dlaczego trzymam tutaj te głupie stworzenia - odpowiedział. Uśmiechnąłem się. Mikołaj to naprawdę równy gość. Wyszedłem z jego pokoju i udałem się na dół, do wielkiego globusu. Pokrywały go malutkie jasne światełka. Każde z nich było dzieckiem, które wierzyło w Strażników. Annie była jednym z nich. Przy kuli znajdowało się niewielkie biurko. Otworzyłem górną szufladę i wyjąłem z niej wąskie pudełeczko. Na jednej ze ścianek wymalowany był obrazek małego chłopca o brązowych włosach ze złośliwym uśmiechem na twarzy. Ja. To była szkatułka z moimi zębami. Wiem, że brzmi to komicznie, ale to prawda. Zanim jeszcze byłem Jackiem Frostem też wypadały mi zęby, jak każdemu innwmu brzdącowi. Zębowa Wróżka kolekcjonuje zęby każdego dziecka na świecie i wkłada je do takch pojemników, bo jest to źródło wspomnień. Wspomnień z dzieciństwa. Dzięki temu dowiedziałem się, że miałem siostrę i rodzinę oraz, że zanim stałem się panem zimy w ogóle istniałem. Właśnie miałem zamiar pokazać dziś Annie. Wsadziłem pudełko do kieszeni bluzy. Wpadłem jeszcze do pracowni Northa, aby się z nim pożegnać. Uśmiechnąłem się do Phila i wyszedłem. Machnąłem laską i porywisty szybki wiatr uniósł mnie i poprowadził, tam gdzie chiałem do domu Annie. Nie spieszyło mi się zbytnio, więc zanim stanąłem przed jej domem zdążyło się już ściemnić. Wleciałem, jak zwykle, przez okno do jej pokoju. Czytała właśnie książkę. Na mój widok podrerwała się i podbiegła do mnie z promiennym uśmiechem na ustach. Jej długie blond włosy opadały na plecy złotymi kaskadami, a duże neibieskie oczy payrzyły na mnie radośnie.
- Jesteś! - powiedziała z entuzjazmem.
- No jasne! Przecież obiecałem, że będę. - usiedliśmy na jej łóżku.
- Miałeś skończyć swoją opowieść.
- Tak, oczywiście. Wczoraj starałem się opowiedzieć wszystko, jak najkrócej. Teraz mamy trochę czasu. Bo mamy? - spytałem. Ona pokiwała głową. - Nie chcę ci mówić dokładnie o moim życiu, zanim zostałem Jackiem. Po prostu ci to pokaże - wyjąłem z kieszeni pudełko.
- Co... Co to jest? - spojrzała ze zdziwieniem na pudełko. Opowiedziałem jej więc o tym, jak Zębowa Wróżka zbiera zęby, aby zachować wspomnienia dzieci. Potem otwarłem pudełko. Zobaczyliśmy, jak wychodzę z moją siostrą na łyżwy, jak ratuję ją przed zatonięciem i jak sam wpadam do wody. Gdy „projekcja” się skończyła Annie spojrzała na mnie z podziwem.
- Ty.. Poświęciłeś się. Uratowałeś ją.
- Nie zrobiłabyś tego, gdyby chodziło o twojego brata?
- Nie wiem. Może... Trudno jest mówić o rzeczach, których nigdy nie przeżyłam. Dobrze, a teraz opowiedz, jak stałeś się Strażnikiem. Opowiedziałem więc jej. O zagrożeniu, jakie stanowił Cień, o wezwaniu przez Strażników, o woli Księżyca, o Jamie'm i jego małej siostrze Sophie i o tym, w jaki sposób pokonaliśmy Czarnego Pana. Nie mam pojęcia, ile opowiadałem, ale w domu Annie pogasły już wszystkie światła. Tylko lampka przy jej łóżku była zapalona. Po skończonej projekcji dziewczyna zamyśliła się.
- Kiedy to było? - zapytała w końcu.
- Cała przygoda z Cieniem i Strażnikami? Jakieś trzy lata temu. - odpowiedziałem.
- A czy to Jamie uwierzył w ciebie po raz pierwszy? Czy dzięki niemu zaczęto cię widzieć?
- Tak, Jamie to naprawdę niezwykły chłopiec. Od czasu do czasu go odwiedzam. Zawdzięczam mu praktycznie wszystko. Gdyby nie on zawsze już byłbym duchem, nie widocznym dla nikogo. - nastała długa chwila milczenia. Annie wpatrywała się w okno z jakimś smutnym wyrazem twarzy.
- Coś nie tak? - zapytałem. Otrząsnęła się.
- Nie, nie. Tylko... To takie niesamowite. No wiesz, walka z koszmarami, wiara dzieci, wszystko to, o czym mi opowiadasz. Spotkałam Jacka Frosta, pana mrozów, śniegów i wiatrów. To jest jak sen. Boję się tylko obudzić.
- Nie obudzisz się, bo to nie sen - odpowiedziałam. - I mam zamiar ci to przypominać.
Spojrzała na mnie z nieśmiałym uśmechem na ustach.
- Jack, dziękuję.

Oczami Annie:
Odtąd spotykałam się z Jackiem bardzo często. W drodze do szkoły i do domu. Wieczorami i w weekendy. Opowiadał mi wiele rzeczy. Po dwóch tygodniach od spotkania, gdzie pokazł mi swoje wspomnienia wiedziałam o nim prawie wszystko. Co robił, jak w ciągu ostatnich dwóch lat starał przekonać jak najwięcej dzieci, że istnieje, co sądził o innych Strażnikach i sprawach ludzi. Ja mówiłam niewiele. Moje życie, zwykłej, nudnej czternastolatki wydawało się niczym w porównaniu do barwnego, pełnego przygód żywota Jacka. Zastanawiałam się, jak moje dotychczasowe życie mogło mnie zadawalać. Teraz wkroczyłam w zupełnie nowy, bardziej interesujący świat. W końcu stwierdziłam, że Jack został moim najlepszym przyjacielem. Powiedziałam mu to. On uśmiechnął się i powiedział, że ja też jestem jego przyjaciółką. Przyjaźń wymaga czasu. Jednak z niektórymi osobami wystarczy kilka rozmów i już czujesz w niej bratnią duszę. Tak był z nim.
Pewnej nocy, na początku grudnia, gdy spałam sobie smacznie ktoś obudził mnie szturchnięciem w plecy.
- Annie! Wstawaj! - to był Jack. Przetarłam zaspane oczy i ziewnęłam. Chłopak stał w nogach łóżka, uśmiechając się do mnie tajemniczo. Obok niego był ktoś. Zapaliłam lampkę nocną i omal nie krzyknęłam. Towarzysz Jacka był potężnym, dużym mężczyzną. Miał gęstą długą brodę i grube brwi, spod których spoglądały na mnie bystre niebieskie oczy. Ubrany był w czerwony kożuch, a na głowie miał brązową czapę.
- Poznaj Northa - rzekł Jack, wskazując na mężczyznę. Rzeczywiście, to był on. Jack opisywał mi go niejednokrotnie. Nie miał nic wspólnego z ludzkim wyobrażeniem Świętego Mikołaja.
- Witaj, Annie! - huknął. Miał mocny, donośny głos i... czyżby rosyjski akcent? - My tylko na chwilę. Są mikołajki i mamy dla ciebie mały prezent - wyjął zza pleców małą paczuszkę i podał Jackowi. Ten wręczył mi ją. Wzruszyłam się...
- Wy... Naprawdę nie trzeba było. Dziękuję. - powiedziałam.
- Rozpakuj ją! - zawołał Jack. Zaczęłam delikatnie rozpakowywać prezent. W środku była książka. Gruba, oprawiona w skórę z wytłoczonym napisem „Strażnicy”.
- To nasza wersja książki o duchach dzieciństwa. Prawdziwa, wiarygodna wersja. Jeśli... - nie zdążył dokończyć, bo rzuciłam mu się na szyję.
- Dziękuję, jesteście wspaniali. - Jack zarumienił się i wzruszył ramionami. Podziękowałam również Northowi i poprosiłam, żeby zostali na chwilę.
- Niestety musimy iść - odparł Mikołaj. - Jednak z chęcią zaprosiłbym cię kiedyś do naszej kwatery głównej. Do zobaczenia! - po chwili po prostu zniknął. Jack wpatrywał się we mnie przez chwilę. Po raz pierwszy, odkąd się poznaliśmy zrobiło się niezręcznie.
- Ja też muszę już iść - rzekł po chwili. Posłał mi szelmowski uśmiech i powiedział:
- Hmm.. Życzę ci miłej lektury, Annie.

3 komentarze:

  1. Łał zupełnie się tego nie spodziewałam. Super to wszystko napisałaś i wszystko jest takie ciekawe. Już nie mogę się doczekać kiedy bęcie następny rozdział. Powodzenia :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Euforia na czas czytania a potem szybkie zderzenie z rzeczywistością czyli uświadomieniem, że znów trzeba czekać. Historia długa, spójna i akcja się nam nieźle rozkręca. Ciekawość już mnie zjada co będzie dalej, życzę weny i powodzenia :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Super, jak wszystkie, ale mała prośba - wrzuć tu gdzieś Pitch'a, co? :-))

    OdpowiedzUsuń