wtorek, 2 kwietnia 2013

Rozdział XI

Wybaczcie, że musieliście tyle czekać. Podczas Wielkanocy Kangur wskoczył do mojego pokoju i podpowiedział komtynuację historii Annie i Jacka ;) Co o tym myślicie? Zapraszam do komentowania!


Oczami Annie:
- Oh, oczywiście. Miło mi - odparłam, przypatrując się bacznie chłopakowi. Niejaki Eric był ode mnie wyższy o ponad głowę. Ciemne włosy sterczały zawadiacko. Duże brązowe oczy były utkwione w stojącą za mną Meg.
- Cześć! - jego głos był głęboki i aksmitny. Przeszedł obok mnie i rozpostarł ramiona. Meg wskoczyła mu w ręcę i wtuliła twarz w jego pierś. Spojrzałam pytająco na Lou. Nasza przyjaciółka nigdy się tak nie zachowywała. Była bardzo wrażliwa, lecz wiecznie ukrywała to, udając twardą.
- To co? Może pójdziemy na górę? - spytała nas przyjaciółka, wyswobodziwszy się z objęć chłopaka. Ruszyliśmy wszyscy po schodach i weszliśmy do pokoju Meg. Szare ściany były oblepione plaktami najróżniejszych zespołów. Zazwyczaj zagracone biurko i łóżko zostały sprzątnięte na dzisiejszy wieczór. Na podłodze leżało siedem śpiworów. Zaraz, zaraz.... Przecież było nas jedynie czworo!
- Meg, czy ktoś jeszcze nas odwiedzi? - spytałam.
- Tak - dziewczyna zarumieniła się - Przyjdzie jeszcze reszta zespołu Erica...
- Naszego zespołu! - przerwał jej chłopak.
- Mam wrażenie, że chyba nie jestem ostatnio na czasie - westchnęłam. Staliśmy przez kilka minut, pogrążeni w niezręcznej ciszy. Milczenie przerwał dzwonek do drzwi.
- Ja otworzę! - krzyknął Eric i wybiegł z pokoju. Spojrzałamznacząco na Meg, domagając się wyjaśnień.
- Ty w związku? Jak? Od kiedy? Zespół? I dlaczego ja nic nie wiem?
- Oh, wybacz, Annie - odparła mi przyjaciołka. - Ostatnio byłaś... Jakby to powiedzieć, nieobecna. Jesteśmy razem dopiero od dwóch tygodni. Wiesz, że zawsze marzyłam o własnej rockowej kapeli. Zespół Erica potrzebował wokalu, więc się do nich przyłączyłam. Od razu zaczęło między nami iskrzyć - gdy to powiedziała oblała się takim rumieńcem, że wyglądała, jakby spiekła się na słońcu. Z dołu dochodziły odgłosy powitania.
- Lepiej zejdźmy na dół. W końcu jesteś gospodynią - rzekła Lou. Zeszłyśmy po schodach, by przywitać się z pozostałymi członkami zespołu Skeleton Song (Meg podała mi jego nazwę gdy schodziłyśmy na dół). Reszta chłopaków z kapeli wyglądała na rok lub dwa lata starszą ode mnie. Przedstawili się pokolej. Szczupły perkusista miał na imię Craig. Jego brat bliźniak, Chris grał na basie. James grał na gitarze i miał naprawdę szeroki uśmiech. Ostatni z chłopaków, Luke zajmował się montarzem i różnymi efektami. Dowiedzaiałam się, że w zespole Eric jest drugim gitarzystą. Wróciliśmy spowrotem do pokoju Meg i rozmowa natychmiast skierowała się na temat Skeleton Song. Znudzona, przyglądałam się plakatom przyklejonym na ścianach. Najwidoczniej, ta noc nie miała być tak niezwykła, jak ją sobie wyobrażałam.

Oczami Jacka:
Poszukiwania Strażników były zajęciem dużo bardziej nużącym, niż mogłem przypuszczać. Od ponad sześciu dni nie robiłem niczego innego niż przelatywaniem nad miastami, miasteczkami oraz wioskami i staraniem się wyczuć jakiś najdrobniejszych odczuć dotyczących Strażników. No cóż, może zabrzmi to dość głupio, ale spodzewałem się wielu zwrotów akcji, przygód i dynamizmu, a tym czasem trafiło mi się przeczesywanie terenów niczym jakiś radar! Siedziałem na słupie telefonicznym i wpatrywałem się w ruchliwą ulicę pode mną. Ciągnęło mnie, by polecieć do Annie. Obawiałem się, że zezłości się i obrazi na mnie. Obiecałem jej, że wrócę i wszystko wyjaśnię. Jeśli to dalej potrwa, dziewczyna poczeka jeszcze kilka miesięcy. A co, jeśli utraci we mnie wiarę? To byłoby okropne! Na samą myśl, o tym, po moich plecach przebiegł dreszcz. Nie mogłem do tego dopuścić! Niestety, nie mogłem też zaprzestać poszukiwań Matki Natury i Jacka O'Laterna. Byłem zdesperowany.
- Nowi Strażnicy! Ujawnicie się! - wrzasnąłem ku niebu, ile sił w płucach. Musiałem dać upust mojej złości spowodowanej bezradnością. Jakież było moje zdziwienie, gdy tuż po mym wrzasku niebo zabłyszczało. Leniwa zielono-fioletowa fala przecięła leniwie niebo. Zorza! To na pewno znak. Ktoś znalazł, któregoś ze Strażników. Może nawet obydwu. Cóż za zbieg okoliczności! Uradowany, wzbiłem się w powietrze i skierowałem się ku północy. Każda istota magiczna, która będzie się ciągle poruszała na północ na pewno trafi na dom Northa. Byłem właśnie w mieście Douglas w Arizonie, więc czekała mnie niekrótka droga. Dopiero po ponad godzinie dostrzegłem półokrągłe kopuły dachu naszej bazy. Z ogromnego, potężnego komina wypływały jakby zielonkawe srtrużki, które wpływając na niebo zmieniały się w zorzę. „Pewnie będzie ona błyszczeć, dopóki wszyscy z nas nie znajdą się w bazie.” pomyślałem. Wylądowałemrzed wielkimi drzwiami i kilkakrotnie w nie zapukałem. Prawie od razu otworzył mi jakiś yeti. Nie był to Phil. Jego futro było śnieżnobiałe, a długie wąsy i brwi siwe. Poprowadził mnie długim korytarzem, o ścianach poktytych bogato zdobioną, drewnianą boazerią, potem przez główną pracownię i po schodach, gdzie znajdował się ogromny globus. Stali tam już Piasek i Ząbek. Wyglądali na niezwykle podekscytowanych.
- I jak? Gdzie pozostali? Jeszcze ich nie ma? Kto znalazł nowego? To Jack czy Natura? - wypaliłem prędko. W głowie kłębiło mi się od pytań.
- Spokojnie - uciszyła mnie wróżka - Mikołaj jest w swoim gabinecie. Z Jackiem O'Latarnem. Zająca jeszcze nie ma.
- Kto go znalazł?
- North.
- Mogę się z nim zobaczyć?
- Nie. North wyjaśnia mu teraz całą sprawę. Czekamy, aż przybędzie jeszcze Zając. Ani ja, ani Piasek nie widzieliśmy jeszcze tego całego Jacka.
Zniecierpliwiony tupnąłem nogą. Wtedy zdałem sobie z czegoś sprawę. North przeszukiwał Europę i Azję. Gdyby to mi przypadły te kontynenty, mógłbym zobaczyć się z Annie. Nie miałem czasu rozpaczać, bo nagle przede mną w podłodze pojawiła się okrągła dziura. Wyskoczył z niej Wielkanocny Kangur. Dla dociekliwych, niektórzy mazywają go Zającem. Szczelina znikła tak szybko, jak się pojawiła, a na jej miejscu wyrósł duży żółty tulipan. Zając zadał kilka pytań, a my mu na nie odpowiedzieliśmy. Właśnie zaczęliśmy się przekomarzać z moim "ulubionym" zwierzaczkiem, gdy przez drzwi z tyłu tarasu wyszedł North. Na twarzymiał szeroki uśmiech.
- Strażnicy! - huknął swym donośnym głosem. - Oto na kartach naszej historii pojawia się kolejne niezwykle ważne wydarzenie. Nowy Strażnik jest wśród nas!
Zza pleców Mikołaja wyszła postać. Był to mały, może dziewięcioletni chłopiec. Miał kruczoczarne włosy nieswornie sterczące nad czołem. Duże, zielone oczy rozglądały się po pomieszczeniu. Na głowie miał czapkę z połówki dyni. Nosił czarny T-shirt i pomarańczową kurtkę. W ręce trzymał torbę pełną cukerków, a na ramieniu siedział mu nietoperz.
- Witajcie! - zawołał wesoło. - Mam nadzieję, że lubicie cukierki, bo inaczej na żadnego Strażnika się nie piszę.
- To on? - wzburzył się Zając. - On pomoże nam uratować świat?
- Zamknij się - odpowiedziałem. Teraz zwróciłem się ku chłopcu - Nie martw się, on zawsze jest taki zrzędliwy.
- Ja zrzędliwy? - zacząl zaprzeczać Zając.
- Przestańcie! - przerwał nam North - To no czas na kłótnie! Znaleźliśmy jednego Jacka, ale jeszcze musimy odnaleźć Matkę Naturę. Wyjaśniłem mu wszystko - tu wskazał na chłopca - Zostanie oficjalnie mianowany, gdy drugi z nowych Strażników zostanie odnaleziony. Ktoś z nas będzie musiał się opiekować Jackiem.
- Opiekować?! Ja nie potrzebuję opieki!
- Dobrze, dobrze. Ktoś z nas musi cię jednak kontrolować - odpowiedział mężczyzna, starając się udobruchać malucha. Ten chciał mu znów przerwać, ale Mikołaj zakrył mu usta dłonią i spiorunował wzrokiem. Jack O'Latern spotulniał. - Pozostaje nam tylko, kto się nim zajmie. Jack?
- Nie, proszę. Dlaczego ja?
- Ty z nas wszystkich masz najlepszy kontakt z dziećmi.
- Dziećmi? Nie jestem dzieckiem! - wzburzył się znów patron Halloween. Patrzył się przez chwilę zdenerwowany na Northa. W końcu zrezygnowany spuścił głowę.
- To co, Jack? - zwrócił się do mnie North. Spojrzałem na niego, a później na ciemnowłosego chłopaka.
- No dobrze. To co? - tu zwróciłem się do O'Laterna. - Gotowy na nową przygodę? Dwójka Jacków wyrusza w nieznane?
Dziwięciolatek spojrzał na mnie uważnie. Po chwili rozpromienił się.
- To jest Pan Batu - wskazał na nietoperza na swoim ramieniu - Może nie będzie, tak źle, jak myślałem?

4 komentarze:

  1. Jak dla mnie bardzo fajnie :)
    Szkoda, że nie mógł zobaczyć się z Annie :(
    Takie życie :(
    Czekam na cd :) :P :D :O :I ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojej wreszcie... Myślałam, że zwariuję XD Cudeńko. Biedna Annie ;_; I Jack też ... No teraz masz szybko pisać proszę :)
    Pozdrawiam i dużo weny życzę <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Przez ciebie mam kompleksy!!! Mojego bloga nikt nie czyta

    OdpowiedzUsuń